Wigilia św. Jana

Wyjątkowa w tradycji ludowej noc pomiędzy 23 a 24 czerwca, obchodzona jako wigilia św. Jana, uważana była za noc szczególnego działania sił nadprzyrodzonych. Dominujący wpływ na charakter dawnej obrzędowości świętojańskiej i związanej z nią sfery wierzeniowej miał właśnie fakt zbieżności daty kalendarzowej z porą letniego przesilenia słońca.
Słońce jako widome źródło życiodajnego ciepła i światła, od wszystkich ludów dawnych cześć religijną odbierało. Ten samem musiało być czczone przez Lechitów, którzy w najkrótszą noc roku, tj. w przesilenie dnia z nocą, na cześć słońca stosy na wzgórzach zapalali i igrzyska gromadne przy tych ogniach obchodzili.
Z. Gloger, Rok polski w życiu, tradycji i pieśni, Warszawa 1900 r.

Wigilię św. Jana, w XIX w. jak i początkiem XX w., postrzegano jako moment w skali całego roku ważny, tajemniczy i graniczny. Świadomość przekroczenia apogeum roku słonecznego nadawała mu szczególny sens wierzeniowo-magiczny. Święta letnie, w odróżnieniu od pozostałych dorocznych świąt słowiańskich, usuwały ze swoich form obrzędowych elementy agrarne na plan dalszy. Wagi nabierał kult ognia, będący symbolem miłości i życia rodzinnego. Noc letniego przesilenia była świętem żywiołów ognia i wody, płodności i miłości. Na wzgórzach, leśnych polanach, rozstajach, w pobliżu rzek i strumieni płonęły potężne ogniska, okolica rozbrzmiewała śpiewami, a nad polami snuł się zapach wrzucanych do ognia ziół o magicznej mocy. Była to noc czarów, czarodziejskich obrzędów i wróżb, ale także radości i żywiołowej zabawy. To pradawne pogańskie święto nosi różne nazwy: palinocka (od palenia w nocy ognisk), noc świętojańska (od święta św. Jana przypadającego na 24 czerwca), kupalnocka, Noc Kupały (nazwa wywodząca się od św. Jana Chrzciciela nazywanego przez Białorusinów Kupałą), sobótka (sobota była dniem poprzedzającym święto, zaś jej wieczór służył ludowi do zabaw, a przede wszystkim do zabawy nocnej z ogniem – stąd nazwa sobótka; sobótką nazywano też samo obrzędowe ognisko palone w noc przed świętem, zwłaszcza przed Zielonymi Świątkami oraz w wigilię św. Jana Chrzciciela).
Noc Kupały rozpoczynano po zachodzie słońca od rozpalania „świętych ogni” na polanach leśnych, zwłaszcza nad brzegami rzek i jezior. Według źródeł, w wielu regionach ogniska rozpalały kobiety. Wcześniej wygaszano paleniska we wszystkich wiejskich chatach. Gdy stosy mocno płonęły – zalewano je wodą, a następnie rozpalano na nowo. Wytłumaczenie tego zabiegu tkwi w interpretacji symbolicznej ognia. Ogniska symbolizowały płonący przez cały rok „święty ogień” w domostwach rodzinnych, który jednakże uległ skalaniu przez człowieka, stąd potrzeba „wykrzesania” nowego i czystego „świętego ognia”. Ten nowy ogień był również symbolem rodzących się w Noc Kupalną uczuć miłości u ludzi. Miał on moc oczyszczania, chronienia od chorób i nieszczęść oraz utrwalania instytucji rodzinnej. Tak więc po zgaszeniu starego ognia rozpalano na tym miejscu nowy i wierzono, iż równocześnie przenosi się on do poszczególnych domostw, by płonął w nich do następnej Nocy Kupały.

Przez ognie skakała młodzież w celu oczyszczenia się, przepędzano przez nie bydło dla ochrony od chorób i pomoru, a dziewczęta wrzucały do niego pęki ziół i kwiatów dla zapewnienia sobie wzajemności uczuć swoich wybrańców. Z XIII wieku pochodzą pierwsze wzmianki o kręgach tanecznych tworzonych przez kobiety wokół ognisk i odprawianych praktykach magicznych o charakterze miłosnym, matrymonialnym. Patrzono też uważnie czy wszystkie kobiety z wioski zebrały się wokół ogniska. Ta, która nie przyszła, uważana była za czarownicę. Całonocne tańce i śpiewy wśród dymów palonych ognisk i upajającego zapachu przyrody tworzyły atmosferę sprzyjającą rozbudzeniu erotyzmu. Stąd noce kupalne przyczyniały się do powstawania nowych małżeństw. Niewątpliwie było to święto nieco swawolne o charakterze ludycznym.

Powszechne było przeświadczenie, że zioła stosowane w medycynie ludowej mają najskuteczniejsze działanie, jeśli się je zbierze właśnie w tym dniu. Te najszerzej znane mogli zbierać wszyscy, natomiast na właściwościach pewnych roślin znali się tylko zielarze i znachorzy oraz trudniący się czarną magią guślarze, czarownicy i czarownice. Rozmaite zioła i kwiaty znajdowały też zastosowanie w świętojańskich wróżbach i magii miłosnej. W Karpatach powszechnie znana była wróżba życia i śmierci, do której używano określonych roślin. W wigilię św. Jana wtykano je przed domem lub w sieni w szpary pomiędzy belkami – kolejno dla każdego z rodziny. Wierzono, że roślina, która dłuższy czas zachowa świeżość i wygina się ku górze, wróżyła swemu właścicielowi długie życie w zdrowiu. Roślina, która zaczynała więdnąć była zwiastunem śmierci lub choroby. Natomiast według danych źródłowych z Beskidów Zachodnich w wigilię św. Jana zioła o nazwie rozwidzioł, tanecnik czy dobromyśl zbierały dziewczęta i nosiły przy sobie, aby w ten sposób uzyskać powodzenie i zdobyć męża.
W wiankach, którymi w noc świętojańską dziewczęta przystrajały głowy i w tych, które nocą puszczały na wodę, nie mogło zabraknąć magicznych ziół, które chroniły przed złem (m.in. bylicy i dziurawca), przede wszystkim zaś ziół miłosnych, takich jak lubczyk, rumianek, mięta, mirt oraz nasięźrzał – niezwykła roślina, która miała moc przyciągania męskich spojrzeń. Zioła przystrajane były kwiatami i liśćmi paproci. Z czasem wianki, które miały popłynąć, wzmacniano grubszymi gałązkami, a czasem przywiązywano również zbity z deszczułek krzyż, by łatwiej unosił się na wodzie. Na deseczkach mocowano też świeczkę. Puszczane na wodę wianki wróżyły dziewczętom przyszłość. Ten, który płynął spokojnie, płonąc równym jasnym płomieniem, zapowiadał szczęście. Jeśli szybko się oddalał, nie wróżył zamążpójścia. Zaplątany w wodne zarośla oznaczał kłopoty sercowe. Najgorszą wróżbą był wianek płonący lub zatopiony, gdyż wieszczył staropanieństwo.

W sobótkowych wróżbach brali też udział młodzieńcy, próbując wyłowić płynący wianek. Jeśli się to udało, starali się ustalić do kogo należy, by dowiedzieć się, którą dziewczynę przeznaczył im los. Niejeden chłopak, by pomóc przeznaczeniu polował na jeden upatrzony wianek, by przypieczętować związek z wcześniej wybraną panną, bądź zdradzić jej swoje uczucia. Jeśli w okolicy nie było płynącej wody, dziewczęta rzucały wianki za siebie na strzechy chat lub pobliskie drzewa. Jeśli wianek zaczepił się i nie zsunął oznaczało to, że w tym roku panna wyjdzie za mąż.

Zwyczaj puszczania w noc świętojańską zielnych wianków na wodę jest rodzimym zwyczajem z terenów Śląska, gdzie puszczanie wianków na wodę było stałym elementem obchodów sobótkowych. Prawdopodobnie zwyczaj ten został zapożyczony na inne tereny.

W obchodach święta ważną rolę odgrywała także woda. Zanurzenie się w niej w tą magiczną noc miało zagwarantować urodę, miłość, powodzenie i zdrowie. Jeśli nie było w pobliżu rzek czy jezior, kąpano się choćby w porannej rosie. Noc świętojańska inaugurowała też letnie kąpiele. Wcześniej należało się ich wystrzegać, gdyż wody były opanowane przez groźne demony – topiele, dziwożony, rusałki. W czasach przedchrześcijańskich wierzono, że ich moc wyczerpuje się z nastaniem najkrótszej nocy. Po wprowadzeniu chrześcijaństwa mnożyły się ludowe legendy o chrzcie wody przez św. Jana, która została w ten sposób oczyszczona z wpływów szatańskich.

Noc świętojańska miała również charakter święta pasterskiego, co uwidaczniało się w zwyczaju okadzania bydła, oprowadzania go po miedzach pól i tym podobnych praktykach. Na Podhalu był to punkt zwrotny w dorocznym cyklu pasterstwa wysokogórskiego. Do św. Jana hale i pastwiska obfitowały w najlepszą trawę. Miało to bezpośredni wpływ na mleczność owiec, a więc tym samym na jakość i ilość sera, którego wyrobem trudnili się mężczyźni. Można zatem sądzić, że zwyczajowy zakaz, który mówił, że do św. Jana na bacówkę nie może zaglądnąć żadna kobieta, wykreowały względy natury magicznej. One też nie zezwalały pasterzom i bacy na kontakty fizyczne z kobietami, nawet poza obrębem bacówki.
Popularne na Podhalu przysłowie mówi: Świynty Jon bierze owcom mleka dzbon. Aby więc jak najlepiej wykorzystać okres najobfitszej mleczności tych zwierząt, nie wolno było myć naczyń w potoku, żeby niepoświęcona woda nie szkodziła mleku w nich trzymanym. By zyskać przychylność św. Jana, pasterze dawniej zachowywali w tym dniu post.

Na Orawie w tym dniu swoje święto obchodzili pasterze bydła. Jeszcze przed wschodem słońca wyganiali krowy na tę część pastwiska, która do tej pory była specjalnie pomijana przy wypasie, by w tym wyjątkowym dniu zwierzęta miały pod dostatkiem świeżej trawy. Sami oczekiwali odwiedzin właścicieli bydła w kolibach (szałasach zbudowanych dzień wcześniej). W Orawce, w kościele pw. św. Jana Chrzciciela odbywał się w tym dniu odpust nazwany „pasterskim”. Prosto z tego odpustu oczekiwani goście przychodzili z darami dla pasterzy – chlebem, jajami i słodkim pieczywem. Przy ognisku płonącym przed kolibą wspólnie spędzano czas i smażono nieodzowną w dniu pasterskiego święta jajecznicę.

W sobótkowe obrzędy została wpleciona, i w wielu wersjach powtarzana dzisiaj, legenda o cudownych właściwościach paproci, które jakoby jeden jedyny raz kwitną w tę noc. Ten, kto ów kwiat odnajdzie w lesie, a nie ulęknie się złych mocy, posiądzie tajemną wiedzę o ukrytych pod ziemią skarbach. Kwiat ten miał ponadto zapewnić szczęście i powodzenie.

Sobótki, pradawne słowiańskie święto, o silnie wierzeniowo-magicznym charakterze, z czasem zaczęły stopniowo przybierać cech sztucznej zabawy – i takimi zostały do dzisiaj. Wskrzeszenie tego prastarego zwyczaju znajduje wielu entuzjastów. Świadczą o tym wspaniałe podwawelskie widowiska jak również mniejsze, ale równie atrakcyjne i teatralne zabawy ludowe w tę noc, zachowujące jedynie relikty dawnych praktyk.