Cultus Terrae / 2017

28 kwietnia 2020

Galeria BWA SOKÓŁ

Cultus Terrae – Uprawa ziemi. Jest to metafora procesu twórczego, a jednocześnie kształtowania charakteru człowieka, który wymaga wiedzy, świadomości, cierpliwości i pokory.  Prezentowane prace odzwierciedlają te wartości, a wybranych  twórców  charakteryzuje dojrzała postawa artystyczna, dająca im prawo do podejmowania ważnych kwestii życiowych.

Tekstem Andrzeja Biernackiego, członka Rady Programowej Galerii BWA SOKÓŁ, filmem dokumentalnym oraz niepublikowanymi dotychczas zdjęciami przypominamy ekspozycję Cultus Terrae, która była prezentowana w Galerii BWA SOKÓŁ w 2017 roku.
Utożsamianie,albo tylko porównanie sfery kreatywnej (jako domeny działania niepotocznego), z dość trywialną (bo dosłownie przyziemną) czynnością uprawy, choć w taktyce sztuki jest zabiegiem nienowym, to dzisiaj uzasadniającym się zdecydowanie bardziej niż kiedykolwiek. Jest to po prostu rodzaj odsieczy wobec kulturowego zagrożenia ze strony różnego sortu współczesnej nachalności, która panosząc się koło twórczości intensywniej niż zwykle, próbuje zniekształcić istotę fundamentalnego znaczenia jej łacińskiego źródłosłowu (cultura czyli uprawa - tworzenie optymalnych warunków). Co ciekawe, powstające po tym zniekształceniu deficyty (piękna, wzniosłości i innych wartości w osadzie utalentowanej selekcji), automatycznie uzupełniane są przez okoliczności, które w "normalnym" trybie są tylko po to, by ledwie kelnerować meritum. W końcu same te okoliczności, bez meritum pozostają w grze jako jedynie ważne. Gotowe legitymizować nie tylko NIEUDANE UPRAWY  jako osiągnięcia sztuki, ale też uznać za normatywny stan oczywistego BRAKU czynności UPRAWIANIA. I mamy to, co mamy. Bez trudu jesteśmy w stanie wyobrazić sobie istnienie takiej hybrydy jak twórczość bez dzieła, lub dzieło bez jakości. Tym łatwiej to nam przyjdzie, im agresywniej towarzyszyć temu będzie cyniczny akompaniament uczynnej perswazji tzw. faktów medialnych, wraz z ich nieodłączną marką (skazą) fabryczną - atrakcyjnością absurdu.
Niektórzy pojęli ten mechanizm wprost. Niedawno np. pewna hollywoodzka gwiazda, w czasie pospolitej paplaniny na wizji, jednej z wielu w paśmie tamtejszej TV, wytarła nos jednorazową chusteczką, po czym zadeklarowała przekazanie tego obiektu na aukcję. Była najzupełniej przekonana, że jej rozpoznawalny brand, nada tej "produkcji" znaczenie, które najpierw ustali się w szerokiej świadomości niezbyt zorientowanej publiki, a następnie gremia koneserskie, w charakterze premii wobec oddolnego poklasku społecznego, podrajcują gest do statusu "poważnego dzieła". I właśnie otwiera się na to realna szansa. Dostatecznie znieczuleni muzealnymi "ikonami nowoczesności", którym właściwy grunt przygotowała puszka Manzoniego i pisuar Duchampa, albo też omotani identycznymi co do "zasady tworzenia", poczynionymi ostatnio zakupami do zbiorów muzeów rodzimych: "33 metrów nici dentystycznej, zdjętej z ofiar przemocy ulicznej Teresy Margolles", lub "rysunku małpy" wykonanego miotłą przez Abrahama Cruzvillegas, gotowi jesteśmy zapomnieć o niezbywalności innych przedmiotów prawdy dzieł: rękodzielniczym trudzie, niefałszowanej tożsamości, sensie dziedziczenia. W obliczu braku definicji sztuki, ale też w ramach stale wymuszanej na nas otwartości wobec jej eksperymentu, luzu i humoru (ulubionych cech kreacji, zwłaszcza czynionej w ramach świadczeń państwa), wobec konieczności znalezienia "nieoczywistego" na bezdrożach dialektyki wnioskowania, zbyt często przyjmujemy te wygłupy za ekwiwalent niezbędnego ryzyka, za dobrą monetę przygody poszukiwania we mgle, w drodze ku - z reguły przeszacowanej - "nowości".
Na szczęście bezbłędnie czujemy też, kiedy jesteśmy oszukiwani. Literalnie wszyscy to czujemy, leczy tylko nieliczni z nas mają ochotę i odwagę powiedzieć to głośno. Take siłę, by przystopować zaczepną machinę napędzanej przy okazji koniunktury. Strzeże jej tłum gapiów i beneficjentów, chętnych by na skróty przedostać się ze sfery łatwo sprawdzalnych jakości (z prozy codzienności, w której tkwią), do ziemi obiecanej twórczego "wtajemniczenia" oraz maskowania tym wtajemniczeniem własnych, niewspółmiernych dyspozycji.
No i, wymiernych interesów! Towarzyszy temu wielkie udawanie, że się nie odróżnia tematu od treści dzieła, że styl może być ważniejszy niż przeżycie, a forma NOWA ciekawsza od formy WŁAŚCIWEJ. Udawanie, że się nie wie o istnieniu tysięcy sposobików na nowoczesność, które z treścią, przeżyciem i właściwą formą nie mają wiele wspólnego, ale za to wszystko z ideą bycia na topie. Że nic takiego się nie dzieje, gdy na tym samym, de nomine WOLNYM rynku wartości, konkurują ze sobą uposażone w milionowe budżety instytucje oraz samotnicy w pracowniach, uposażeni zaledwie w... pasję. Udawanie, że dobrowolne dotowanie własnych upodobań jest tym samym, co wymuszanie (opodatkowaniem) finansowanie upodobań cudzych, często sprzecznych z własnymi. Że się nie widzi iż oficjalną METODĄ stała się PROFESJONALIZACJA PROMOWANIA WARTOŚCI POZORNYCH i ich uświęcanie powagą publicznych instytucji. Że niepostrzeżenie nastąpiła PODMIANA KRYTERIÓW WARSZTATOWYCH (DOBRE), NA AKSJOLOGICZNE PROTEZY (WAŻNE), by tym łatwiej nacjonalizować koszty i odpowiednio kierunkować sprywatyzowany zysk.
Po kilku latach prania i wietrzenia pojęć gromadzonych od stuleci, dzisiaj już nam skutecznie wyłożono, co jest obiegowo ważne, jedynie ważne i najważniejsze. Zatem, jeżeli istotnie pierwszą powinnością sztuki jest omijanie banału, na wstępie należy ominąć ten faryzejski, dopiero co zafiksowany kanon. Bez względu na to, jak by to nie zabrzmiało i jakich wymagałoby ofiar, należy zrewidować błyskawiczne "awanse" tych wszystkich, nagłych odkrywców niczym nieuzasadnionych i słabo przekonujących jakości, którzy w narodowych świątyniach sztuki zamiast - ewentualnie - wieńczyć, porozpoczynali swe kariery. Detalicznie należy przyjrzeć się tym gromadom zdobywców rozpostartych na koronie Himalajów sztuki, zainstalowanych tam bynajmniej nie w wyniku wysiłku wspinaczki, tylko zrzuconych z księżyca cwanej perswazji przez swych niebezinteresownych pilotów.
Co w zamian? W zamian najlepszy byłby płodozmian. Intensywnie zasilenie uprawianych gruntów sztuki nawozem formy dojrzałej, zebranej po gościńcach współczesnego porzucenia. Głównie tej, ze sprawdzonych wykazów, a więc z głębokiego marginesu zainteresowania kreatorów najnowszego rozdania. Ale też sięgnięcie po formę dojrzewającą współcześnie, KTÓREJ NIE WIDAĆ i która sama się nie ujawni. Z ideą powrotu do OBIEKTÓW DZIAŁANIA BEZPOŚREDNIEGO, odbywających się bez respiratora w postaci kulawej egzegezy zapisanej na kartce i bezwstydnie zawieszonej na kołku obok. A więc powrotu do rejestrów spoza shortlist kuratorskiej szarlatanerii ostatniej doby, wyszczekanej w teoriach, a kompletnie bezbronnej w praktyce tworzenia wartości aktualnych ZAWSZE. Powrotu do rodzimej narracji, zablokowanej i skolonizowanej, przez światowe wzorce, czyli do tej, która miała nijak nie uczestniczyć w tworzeniu wizerunku własnego. Powrotu do tej narracji, którą miały onieśmielić i zredukować światowe trendy, punktujące swoim poświstem rzekomą, rodzimą słabość, pasywność, brak twórczych impulsów, niezdolność do samookreślenia się i samowiedz, cech ponoć wymuszonych aurą peryferii. Powrotu do narracji postrzeganej jako ta, która musi być opisana z zewnątrz, bo sama - podobno - nie jest w stanie siebie zdefiniować, a o której kształcie i losie decydują ważniejsi, ponad głowami autorów, w innym wymiarze, do którego ci autorzy jako najbardziej zainteresowani, nie mają dostępu. Słowem: do narracji rehabilitującej chwilowo pokonanych, którzy "zamiast szkolić się u hegemona", nie mają najmniejszego zamiaru potulnie godzić się na nieskuteczność własną i systemowo wymuszaną drugorzędność.
Po prostu, powrotu do pracowni. Do uprawiania sztuki. W oczywistym odruchu niezgody na stan aberracji, który w miejsce warsztatu plastyka (ze wszystkimi jego słabościami oraz całą gamą rozgrzebanych i nierozstrzygniętych przez historię gatunku warsztatowych problemów), w odpowiednio poszerzone ramy tzw. sztuk wizualnych, nagle, nie wiedzieć czemu, chce pakować warsztat kucharza (Jabłońska), pszczelarza (Łakomy), katechetki (Karczmarczyk), opiekuna społecznego (Orłowski), albo politruka! (Źmijewski). Stan aberracji tzw. translatorów sztuki - wpływowych i dobrze poinformowanych przez "światową wieść gminna", bo przecież nie przez jakiekolwiek "ręczne" doświadczenie - którzy umówili się, że to będzie społecznie bardziej użyteczne od samotnej czyli z gruntu aspołecznej akcji docierania do istoty "własnego". Tych tzw. doktorów (curate ipsum), gotowych każdego skutecznie "wyleczyć" ze sztuki i którą - wg własnego mniemania - znają lepiej od artysty, oferującego wszak "to tylko czego w inny sposób zrobić niepodobna...

Andrzej Biernacki

wideo